BIOENERGOTERAPIA stała się zjawiskiem społecznym. Na „seanse” uzdrowicieli podążają tysiące ludzi. Każdy pragnie być dotknięty i… cudownie uzdrowiony. Wydaje się, iż szczególnie ostatnio bioenergoterapii towarzyszy nadmierna euforia i co bardziej niepokojące, nadmiar oczekiwań.
Równocześnie na jej temat krąży wiele fantastycznych mitów. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro zjawisko jest bardzo słabo poznane. Pojawiły się także głosy krytykujące działalność uzdrawiaczy. Wreszcie trzeba również dodać, iż modę i ogromne zainteresowanie bioterapią wykorzystują szarlatani.
Co jest prawdą, co fałszem i mitem? Kiedy bioterapeuta może pomóc, a w jakich przypadkach jego oddziaływanie bywa mało skuteczne? Na takie pytania próbowano sobie odpowiedzieć w trakcie niedawnego spotkania w DK „Bartosz” w Bydgoszczy z warszawskim znanym bioenergoterapeutą Pawłem Połoneckim. W kilkugodzinnym spotkaniu, zorganizowanym przez bydgoskich radiestetów, uczestniczyli także warszawscy dziennikarze: Anna Ostrzycka, Joanna Sabiłło i Marek Rymuszko, którzy od dłuższego czasu śledzą i obserwują działalność bioenergoterapeuty i uczestniczyli w różnych z nim przeprowadzanych eksperymentach. Paweł Połonecki od 1983 roku zatrudniony jest w Kosmetyczno-Lekarskiej Spółdzielni Pracy „Izis” w Warszawie. Wspólnie z innymi bioenergoterapeutami oraz z lekarzami przyjmuje tam pacjentów.
Nie jest zwolennikiem seansów grupowych. Opowiada się jednoznacznie za współpracą z lekarzami. Obecnie dokumentuje szczegółowo swoją terapeutyczna działalność. Kilka lat praktyki pozwala mu odpowiedzieć na pytanie, w jakich przypadkach bioenergoterapeuta może pomóc pacjentom, w jakich złagodzi tylko cierpienie i ból, a kiedy jego zabiegi będą mało skuteczne? Korzystne efekty osiąga P. Połonecki w leczeniu nerczycy, cukrzycy, nerwic i różnego rodzaju schorzeń neurologicznych. Bardzo lubi pomagać dzieciom i odniósł na tym polu znaczne sukcesy. Potwierdzone zostały m.in. przypadki poprawy słuchu i wzroku. Leczy z pomyślnymi rezultatami porażenia dziecięce. Trzeba też wspomnieć, iż jak dotąd uszczęśliwił 20 pacjentek — po jego zabiegach mogły zajść w ciążę. Połonecki odpowiadając na liczne pytania kilkuset osób podkreśla wyraźnie, iż bioenergoterapia nie jest terapią cudowną. Energia biopola uzdrowiciela bywa znacznie mniej skuteczna w schorzeniach zwyrodnieniowo-miażdżycowych, schorzeniach przewlekłych i zastarzałych. Także nie należy łudzić się, iż terapeuta pomoże przy zaawansowanych stadiach chorób zaliczanych do nieuleczalnych przez medycynę konwencjonalną. Zabiegi bioenergoterapeutyczne bywają bardziej skuteczne w przypadku ludzi młodych niż starszych. Poza tym jest również grupa osób, które na ten rodzaj oddziaływania są mało lub w ogóle niepodatne.
Połonecki należy do niewielu bioenergoterapeutów, z którymi przeprowadzano liczne eksperymenty. Marek Rymuszko mówi o badaniach w Instytucie Kształtowania Środowiska. Tam bioterapeuta biopolem oddziaływał na mikroorganizmy — stwierdzono u nich 300 proc. wzrostu zużycia tlenu prawdopodobnie w wyniku wzrostu procesów metabolizmu. Inne badania potwierdziły silny wpływ bioenergoterapeuty na systemy nerwowe ludzi. Korzystnie wypadły także, przeprowadzane pod nadzorem lekarzy, doświadczenia z diagnozowaniem. Zarówno w przypadku wyszukiwania najsilniejszego tętna płodu, jak i trafność diagnoz schorzeń u pacjentek z patologiami ciąży była prawie 100-procentowa. Swego czasu Połonecki zaczął oddziaływać na pacjenta w stanie przedagonalnym i na elektrokardiografie wyraźnie zmienił się zapis rytmu serca. Przytoczone doświadczenia są stosunkowo wyraźnym dowodem na to, iż efekty działań bioenergoterapeutów nie można wyłącznie przypisywać wierze i sugestii pacjentów.
(Włocławek, poniedziałek 30 kwietnia)